Introwertyk

W szkole byłam introwertykiem. W szkole mi dokuczano, prześladowano, szantażowano. A czy teraz innym jest lepiej?


Trzy lata temu usłyszałam: „Ale się odcinasz, izolujesz”, „Wyjdziesz na dziwaka, jak to będzie wyglądało”, „Wszyscy tak robią tylko ty nie”, „Będziesz tego żałować, dlaczego tak się zachowujesz?”, „Ale jak to nie? Jak to? Przecież to nienormalne, popatrz na innych”. Komentarzy w podobnym stylu musiałam wysłuchiwać kilkanaście razy dziennie przez około 4 miesiące. I nie chodziło tu o rzecz życia i śmierci, o ważne decyzje, o losy innych ludzi, o nieodwracalne szkody. Cała sprawa dotyczyła mojego NIE-PÓJŚCIA na studniówkę. Te 4 miesiące klasy maturalnej, choć ciężkie ze względu na przygotowania do egzaminów, to wyczerpały mnie głównie przez wielki, wręcz ogromny problem ludzi dookoła mnie z powodu opuszczenia balu. W szkole byłam introwertykiem. W szkole mi dokuczano, prześladowano, szantażowano. Jak widać, również wśród teoretycznie dorosłych ludzi.

Prześladowanie introwertyków.

Prześladowania w szkole doświadczyłam z różnych powodów, lecz ten jeden utrzymywał się przez wszystkie lata edukacji: byłam introwertykiem i chociaż wtedy o tym nie wiedziałam, to jednak utrudniało zwyczajne funkcjonowanie, a do tego jeszcze nieśmiałość oraz brak zdolności społecznych. Wiem i widzę, że nadal wiele dzieci jest z tego powodu odrzucanych czy prześladowanych, dodatkowo nowoczesne, cyber-, formy dokuczania, ja jednak chciałabym poświęcić czas na kłopoty młodych introwertyków.

Podstawówka.

Moje wczesne lata szkolne, jak u większości ludzi, pozostawiły na zawsze nieodwracalny ślad, ukształtowały na wiele lat stosunek do ludzi obcych, tych, których powinnam bliżej poznać oraz których nie chciałabym nigdy więcej widzieć. Jak czuje się taki maluch w miejscu, gdzie, teoretycznie, ma być bezpiecznie, dobrze, rozwijać się, mieć wsparcie specjalistów oraz wyrażać własną osobowość? Źle to delikatne określenie. Mimo wieloletnich nieprzyjemności od rówieśników, największy zawód stanowili nauczyciele, pedagodzy i cała reszta śmietanki szkolnej. Nikt, absolutnie nikt, nie brał tam pod uwagę, że są – istnieją- dzieci, którym rumor, wieczna obecność ludzi, zajęcia grupowe, wypychanie na siłę do zabaw, zmuszanie do występów, zawodów, wyścigu kto lepszy, ładniejszy i szybszy, przynosi jedynie stres i uraz na lata. Ja dokładnie taka byłam, nie miałam problemu z chodzeniem do szkoły, uczeniem się, wykonywaniem poleceń nauczyciela, bycie w klasie z innymi osobami, miałam kłopot z nauczycielami, którzy nie mogli pojąc, że niechęć do czegoś nie wynika z lenistwa czy pychy, ale ze zmęczenia otoczeniem lub odrazą do zabaw „integrujących”. A wtedy zamiast rozmawiać, lepiej było kazać i grozić.

Znasz „bitch face”, czyli spotykany ‚nieprzyjemny’ wyraz twarzy. Ja też jestem posiadaczką czegoś takiego. A teraz pomyśl, mała dziewczynka z różową gumką na włosach i spinkami w kwiatki ma właśnie to na buzi. Zabawne, dla mnie koszmarne. Właśnie taka byłam, i wtedy i teraz, samo przychodzi, nie panuję nad tym, nie robię świadomie. Nauczyciele myślą „krnąbrna i nieprzyjemna uczennica”, rówieśnicy myślą „wredna i głupia krowa”. Oni potęgowali negatywne zachowania względem mnie, ja przez to odsuwałam się jeszcze bardziej, zamykałam, uciekałam od ludzi, ciężej ich znosiłam, potrzebowałam dłuższego odpoczynku.

Szantaż nauczycieli. Nieprzyjemności rówieśników.

Czy dostałam kiedykolwiek uwagę? Nie, bo zawsze się poddawałam. Robiłam z musu wszystko, co kazali dorośli, lecz jakim kosztem. Największa zmorą były właśnie wszelkie imprezy typu „Dzień wiosny”, „Bal karnawałowy i wróżby”, „Konkurs talentów” oraz „świetna zabawa” podczas wydarzeń. Stres jakiego doświadczałam wtedy mogę porównać do tego, co czułam przed matura ustną, wielki i za wielki jak na ten wiek. Ogromny szok każdego oraz zdziwienie, że mnie to nie bawi, że nie chcę brać w tym udziału, że się nie wychylam, że szukam kąta, że nie latam rozwrzeszczana i oszalała. Dzieci nie rozumiały, a co grosza, dorośli również nie. Temu wszystkiemu towarzyszyły wyzwiska, obelgi, śmiechy oraz próby upokarzania mnie. Na przerwach, w szatni na wf, na boisku, w przebieralni, w łazience, wszędzie odczuwałam niechęć innych. Z góry narzucono pogląd, iż wszystkie dzieci będą zadowolone i radosne, no bo przecież nie ma lekcji, a takie „rozrywki” lubi KAŻDY. Nie każdy i nie wszyscy omijają zajęcia jak się da. Co usłyszałam? Nauczyciele nie kryli… odrazy, zniesmaczenia, pogardy, bo nie podlegałam pod ustaloną normę zadowolenia, potem przyszedł szantaż oceną z zachowania, wezwaniem rodziców, wpisaniem uwagi, obniżeniem stopni przedmiotowych. Koledzy i koleżanki do zwyczajowych docinek czy przezwisk dodali nowe, związane z moją postawą, innością, ucieczkami. Codziennie musiałam tego wysłuchiwać, na lekcjach i na przerwach. Zostałam sama, całkowicie.

Walka ze sobą.

Nie umiem opisać walki jaką wtedy ze sobą toczyłam. Nie chciałam być ta „dziwna”, wytykana palcami i obgadywana. Nic chciałam tego wszystkiego odczuwać: niepokoju, zdenerwowania, braku komfortu. Wbrew sobie i z całych sił walczyłam, aby wtopić się w tłum, być jak reszta, udawałam radość, śmiech, towarzyskość, zadowolenie, naśladowałam to, co widziałam u kolegów. Próbowałam dopasować się pod towarzystwo. Żyłam w wielkim oraz wiecznym zmęczeniu, nie tylko wieczną gra, ale również zbyt wieloma impulsami i zbyt wieloma ludźmi. Niestety, moje starania nie ukróciły nawet ich docinek.

Gorsze traktowanie wyciszonych dzieci.

Panował brak świadomości, że tak jak dorośli są różni, to również dzieci nie wszystkie są takie same. Co gorsza, nikt nie bierze tego pod uwagę, że brak chęci czy inicjatywy nie zawsze wywodzi się z lenistwa. Jak wracam pamięcią do okresu podstawówki, na pierwszy plan wspomnień wychodzą właśnie te traumatyczne, złe, upokarzające zdarzenia. Pozostawiły we mnie ślad na zawsze, bo kiedy w kolejnych latach nadarzał się „Dzień wiosny” lub coś podobnego, odczuwałam paraliżujący stres, nawet jeśli nie byłam w nic zaangażowana, uraz pozostał, a ja z przezorności omijałam tamte dni w szkole. Czy ówczesne zmuszanie i grożenie nauczycieli cokolwiek pozytywnego dało? Nie, absolutnie nic. Za to wpędziło mnie w przekonanie, że to jaka jestem, co czuję, czego nie lubię, czym się różnię, nigdy nie spodoba się innym, będę z tego tytułu wykluczona, zachęciło do trzymania się z boku, skrywania swojej osobowości oraz pielęgnowania odczucia, iż wszystko we mnie jest złe. Oczywiście samoocena poszła w dół, poczucie własnej wartości, zabito pragnienie nowych doświadczeń.

Studniówka punktem zapalnych.

Rozpoczęłam wpis od kilku cytatów, które usłyszałam od rówieśników, nauczycieli, rodziców, kiedy zdecydowałam się nie iść na bal studniówkowy. Nie spotkałam się z ani jedną osoba, która starała się mnie zrozumieć czy pokazać, że jako już dorosła osoba, w pełni zdrowa na umyśle, mogę sama i świadomie podjąć taką decyzję. Wszyscy powtarzali te same zdania o pięknej pamiątce, jedynym takim wydarzeniu, dziwnym zachowaniu, niedopasowaniu do reszty, alienowaniu się, wypominania sobie w przyszłości. Tego typu teksty słyszałam wciąż i wciąż, do znudzenia ich oraz mojego. Oczywiście nie zmieniłam zdania, wtedy byłam już bardziej świadoma siebie, tego co lubię, co mnie męczy, czego chcę, jaka jestem i jaka chcę być. Poglądy i opinia nauczycieli, rówieśników, a nawet rodziców była mało znacząca, bo nikt z nich nie dostrzegał prawdziwej mnie i co się z tym wiąże, dlaczego nie chcę. Oni wszyscy mieli z tym ogromny problem, większy niż ja, chociaż praktycznie wcale ich nie dotyczył, czy ja tam będę czy nie, jednostka na tle 200 osób to nic. Szłam w innym kierunku niż inni, a to stanowiło psychiczny płot nie do pokonania. Mnie najbardziej bawiły chwile, kiedy koleżanki w klasie na przerwach rozmawiały o sukienkach, butach, fryzurach itd., czasami się włączałam, podrzucałam myśl, one wtedy jak stado hien odszczekiwały mi w stylu „nie idziesz na studniówkę, nie odzywaj się, nic nie wiesz, to trzeba było iść”.

Wolność wyboru, spokój ducha.

Nie walczyłam ze sobą, nie chciałam aprobaty dorosłych ani reszty osób w klasie, nie potrzebowałam, wyrosłam z tego. Tak jak wcześniej próbowałam wyplewić z siebie wszelkie oznaki introwertyzmu, tak wówczas zaczęłam je doceniać i wykorzystywać w dogodny sposób. Może przez ten czas byłam nieco z boku, stałam się niezidentyfikowanym elementem szkolnego ekosystemu, odpychana podczas rozmów o kolorze butów, wszystko to działo się długo, jednak już mnie nie dotknęło, nie chciałam tego i po pewnym czasie cieszyłam się, że mnie omija, że nie muszę przez to przechodzić. Oczywiście widząc moje zadowolenie reszta towarzystwa widziała we mnie jeszcze większego dziwaka, to byłam ja. Nie ukrywam, przykro jest słyszeć te ironiczne komentarze, odrzucające słowa, pogardę, a wraz z tym krzywe spojrzenia czy budowanie muru z zasiekami miedzy nami.

Nie żałuję. 

Najlepsze jest to, że nie żałuję, bardzo dobrze zrobiłam. Nie poszłam. Nie było tam nic dla mnie, masa ludzi, nie dość, że wszystkie 3. klasy, to jeszcze nauczyciele, rodzice, osoby towarzyszące. Na samą myśl jestem zmęczona. W gimnazjum przeżyła taką zabawę i bardzo, bardzo źle ją wspominam, męczyłam się kilka ciężkich godzin. Jakieś tańce (nie wiecie tego, ale ja nigdy nie tańczę), występy, znużenie, sukienki, polonezy itd. Nie widziałam w tym nic interesującego, pociągającego, nic, co byłoby warte trudzić się przed, po i w trakcie. Jestem introwertykiem, uciekam od wielkich, sztucznych, niepociągających imprez i wielkich spędów ludzi. Szczególnie jeśli muszę płacić za to kilka stówek.

Introwertyczne dziecko – przetrwałam. 

Moja historia nie niesie ze sobą krwawych ran, przemocy fizycznej, tragedii śmierci, uwłaczających filmików krążących po internecie. Nie podjęłam żadnych radykalnych decyzji, co nie znaczy, że nie byłam bliska. Nie zrobiłam niczego nieodwracalnego. Miałam w sobie jakąś nieznaną siłę znosić wszystko pokornie, cierpliwie, lecz mimo wszystko dotykało i bolało. Bardzo bolało, każdego dnia. Działo się to 10 – 12 lat temu. Jednak mój przypadek jest jedynie małym punktem, ile jest dzieci, młodzieży, która przez introwertyczną naturę musi znosić codzienne uwagi, obelgi, kpiny. W gimnazjum dojrzałam do tego, aby być sobą i nie „naprawiać” na siłę siebie, to co czuję nie pochodzi z „nie wiadomo skąd”, lecz to właśnie JA. Na tych dwóch przykładach widać jak dorosłam, jak się zmieniłam, lecz mimo tego otoczenie nadal nie umiało zrozumieć natury mojej skrytości, wyciszenia, wycofania. Patrząc na świat, tak bardzo ekstrawertyczny, żywiołowy, skoncentrowany na wszystkim, co głośne, pokazowe, zewnętrzne można sądzić, że obecnie takie dzieci jak ja, nie mają lepiej.

W szkole byłam introwertykiem. W szkole mi dokuczano, prześladowano, szantażowano. A czy teraz innym jest lepiej? Co sadzicie o moim przypadku? Znacie podobne historie, własne lub z opowieści? Zastanawialiście się kiedyś nad pozycją introwertycznych dzieci? Czekam na Wasze reakcje i komentarze. Zobacz również: Co ciekawego przeczytać z New Adult? oraz „Jezus” J. Martin SJ.

Reklamy

16 thoughts on “W szkole byłam introwertykiem. W szkole mi dokuczano, prześladowano, szantażowano. A czy teraz innym jest lepiej?

  1. jakbym czytała o sobie…najgorsze w tym wszystkim jest to udawanie, takie robienie dobrej dobrej miny do złej gry, dostosowanie się na siłe do większości i komentarze popatrz na innych bla bla bla…męczy mnie duża ilość ludzi, szczególnie takich których nie znam.czuję się za to mega komfortowo w swoim domu albo w miejscach które dobrze znam, najlepiej z jedną lub dwiema osobami z grona znajomych lub rodziny. Niestety nie jest to powszechnie akceptowane, ze względu na to, że wśród innych ludzi wychodzimy na freaks…na których trzeba narzygać słownie, jakbyśmy nie mieli prawa być sobą.

    Polubione przez 1 osoba

    1. Myślałam, że jak będę udawała, że będę robiła to co inny, to będę w końcu szczęśliwa i radosna, bo inni tak robią i tak mają. A tu wręcz odwrotnie. Niestety, szkoda, że rola psychologa szkolnego ogranicza się do posady dla psiapsiuły, pilnowania klasy na zastępstwie lub czytania ‚Super Expressu’ w gabinecie.

      Polubione przez 1 osoba

      1. Dokładnie, jeszcze to poczucie kompletnej beznadziei i zmęczenia kiedy nareszcie byłam w domu, po całym dniu udawania kogoś kim w ogólnie nie byłam. Dziękuję za ten wpis :* Przypomina mi o tym, że mam prawo być sobą 🙂

        Polubione przez 2 ludzi

  2. Dostaję wysypki na słowo integracja 😀
    Może nie byłam nigdy aż tak bardzo odizolowana od innych, ale z wiekiem coraz bardziej uciekam w samotność. Ludzie mnie irytują, lepiej czuję się sama. Lub z mężem, czy małą grupką „wybrańców”. Rozumiem Twoją ucieczkę od studniówki. Ja na swojej byłam, ale jakbym nie poszła to też by nie straciła 😉 Irytuje mnie, że albo robisz tak jak wszyscy, albo jesteś zupełnie wykluczony. Tyle się mówi o torenacji, a nie potrafimy zaakceptować, że ktoś chce być innych w mniej błahych sytuacjach.

    Polubione przez 1 osoba

  3. Nie wiem czy zdajesz sobie z tego sprawę, ale szczęściaro, już dziesięć lat temu byłaś na tyle dorosła i samoświadoma, że widziałaś czego chcesz i czego nie chcesz. Przepłaciłaś to szkołą życia, prawda, ale wyniosłaś z tego coś znacznie ważniejszego i bezcennego – siebie.
    Mnie martwi jedno – rodzice, którzy nie wykazują zrozumienia. Bo pieprzyć tych nauczycieli, rówieśników i panie w Biedrze… Rodzice mają zakichany obowiązek wspierać, nawet jak nie rozumieją, to powinni zabrać cię z tej okropnej szkoły, do której chodziłaś, dlaczego w naszym kraju unika się traktowania dziecka jak osoby decyzyjnej, uczy się zgody na odrąbywanie części duszy wystających poza szablon? :/
    Wiem co czułaś, chociaż u mnie wiązało się to z innymi wymiarami inności.

    Polubione przez 1 osoba

    1. Moi rodzice należą do tych, co uczą chowania głowy w piasek i kładzenia uszu po sobie,. Nigdy by poparli wyrażania siebie czy podążania pod prąd w zgodzie z sobą. I dziękuję za miłe słowa.

      Polubione przez 1 osoba

  4. Podziwiam, że nie dałaś się presji. Zwłaszcza w wieku, kiedy najbardziej szuka się akceptacji u rówieśników. Naprawdę, podziwiam.
    Ja miałam to szczęście, że moja niechęć do studniówki nie była aż tak wielkim dramatem. Babcia cierpiała najbardziej, rówieśnicy jakoś się z tym pogodzili. Nawet po fakcie usłyszałam, że trochę żałują, że sami poszli, bo nie bawili się zbyt dobrze.
    Za to miałam nauczyciela, który organizował raz na miesiąc dyskusje na zajęciach z francuskiego. Ocena zależała w sumie od tego, jak często zabierzesz głos (czyli, de facto, jak często przekrzyczysz pozostałych). Jak ja się stresowałam tym, że muszę na siłę, pod przymusem mówić coś, co nic nie wnosi do dyskusji tylko po to, żeby coś powiedzieć i jeszcze muszę walczyć o możliwość zabrania głosu.

    Polubione przez 1 osoba

    1. OMG dyskusje? Bez kitu, ja na studiach jak chodziłam na lektorat z angielskiego, to miałam wielki kłopot, bo nie dość, że lektorka wyciągała do gadania, to jeszcze po angielsku. Zazwyczaj mówiłam mało i do tego cicho, więc nikt nie słyszał lub słyszał coś innego niż mówiłam. Straszne, to w sumie jest najgorsze na studiach, publiczne „konwersacje”.

      Lubię to

      1. No właśnie nam prowadzący zadawał pytanie typu „skąd się wzięła nazwa twojej ulicy?” i oczekiwał dyskusji. A ja cierpiałam, bo nie dość, że trzeba było mówić w obcym języku (dalej mam opory), to jeszcze na temat, który nikogo nie interesował. A ja mam całe życie poczucie, że jak mnie nie interesuje to, co chcę powiedzieć to nie ma sensu tego mówić. A tu jeszcze miałam przymus, że jak się nie zgłoszę ze dwa razy to jedynkę dostanę i tyle.
        Całe szczęście, że na studiach ten lektorat jakoś mniej boleśnie przebiegał.

        Polubione przez 1 osoba

  5. Współczuję. W gimnazjum czułem się jak introwertyk, bo miałem zero wspólnego z uczęszczającymi tam idiotami („lepsza szkoła”). Jeszcze wtedy chorowałem sporo to byłem odludkiem. Pobili mnie (no bo czemu nie), ja ich też, chociaż plus bycia miłym i spokojnym jest taki, że nikt nie uwierzył, że ja zacząłem bójkę. Potem mój ojciec zrobił burdę i nikt mnie nie lubił, ale nawet złego słowa nie pisnął do mnie. W liceum to było już lekko, bo ludzie byli normalni (w „gorszej” szkole”).

    Polubione przez 1 osoba

    1. Co do szkół, to akurat miałam tak, że zarówno gimnazjum jak i liceum zmieniałam. Moje pierwsze wybory były fatalne i niemalże konałam, więc się przenosiłam ta, gdzie było do zniesienia. I szczerze polecam Wszystkim szukanie dla siebie miejsca, oczywiście jest ryzyko, że trafisz gorzej, ale ja byłam na krańcu, gorzej być nie mogło.

      Polubione przez 1 osoba

  6. Ja zawsze byłam introwertyczką i zawsze byłam zmuszona do uczestniczenia we wszystkim. Aż nauczyłam się zmuszać siebie do przebywania w towarzystwie, udawania, że nie jestem introwertykiem. Nauczycielka w podstawówce powiedziała mi, że nie mogę całe życie być taka nieśmiała i aspołeczna. W gimnazjum dowiedziałam się, że czytam za dużo książek i nie chcę przebywać z ludźmi (szkoda, że po prawdzie nie dodali, że chodzi o idiotów). W liceum udawałam kogoś innego, ale wychowawczyni i tak nazwała mnie nietowarzyską i apatyczną.
    I kto tu jest głupkowaty i ma problem. Ja mam problem, a oni są głupkowaci.
    Jakoś żyję po swojemu, a uwagi rodzinki spycham na margines. Nie czuję się specjalnie odcięta od świata albo nietowarzyska. Ja po prostu wybieram kiedy i na moich warunkach 😉

    Polubione przez 1 osoba

    1. Nauczyciele na każdym poziomie edukacji nie wiedzą co robić, nie rozumieją i też po części z lenistwa, bo takie „inne” dziecko wymaga uwagi oraz czasu. A lepiej każdemu kazać brać udział w tych durnych wydarzeniach oraz integracjach. A kto nie lubi skakania w workach czy kiełbasek z ogniska, ten niech będzie tym do wyszydzania. Że uczniowie są głupkowaci, to mogę zrozumieć, ale dorośli „wykształceni” ludzie, tego nie rozumiem.

      Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s